Wspieraj, nie sabotuj!

O koszcie społecznym naszych zmian stylu życia

Gdy stajemy oko w oko z ważną zmianą, w której mamy wykazać się sprawczością i konsekwencją – jak schudnięcie, zmiana pracy czy stylu życia – zwykle spodziewamy się od rodziny i znajomych wsparcia. Najzwyklejszego, bez peanów na naszą cześć, lecz po prostu ludzkiego wspierania nas w zmianie, bo przecież komu, jak nie najbliższym, zależy na naszym dobru, zdrowiu, satysfakcji, korzystniejszej pracy i lepszemu samopoczuciu? Takie wsparcie traktujemy najczęściej jako 100-procentowo pewny, niezbywalny zasób zmiany, jako jeden z filarów powodzenia procesu.

I jak duże jest nasze zdziwienie, rozżalenie czy wkurzenie, gdy albo takiego wsparcia nie otrzymujemy (np. przyjaciółka grobową ciszą i jaką samą miną przez dwa miesiące kwituje nasze stopniowe chudnięcie i dżinsy o numer mniejsze, choć lustruje nas przy każdym spotkaniu niczym Wielki Brat) albo nasz optymizm i zapał dostają w łeb obuchem lekceważenia czy ignorancji (np. kochająca mama notorycznie obrażą się, jeśli nie zjesz po niedzielnym obiedzie dwóch porcji szarlotki wielkości smartphone’a każdy, a mąż bojkotuje Twoje starania spojrzeniem „Od dwóch lat mówisz, że tych 10 kg chcesz zrzucić, a cały czas podjadasz, więc przestań się już ośmieszać, to nie ma sensu”). Co to jest i jak sobie z tym radzić?

Sabotażyści są wśród nas

Nasze otoczenie niekoniecznie musi być kibicem takiej zmiany. W rodzinie, wśród przyjaciół czy w pracy możemy spotkać osoby, które będą sabotować nasz plan i postępy. Dlaczego? Najczęściej – choć nie zawsze – jest to reakcja nieświadoma. Reakcja, bowiem sabotażysta naszej zmiany w każdym wypadku po prostu czuje się zagrożony. Jeśli dokonywana przez nas zmiana może zagrozić jego poczuciu kontroli nad nami, lub może zagrozić jego przewadze nad nami – będzie skutecznie lub nie, celowo lub nie, lecz sabotować naszą wolę zmiany i jej progres.

Sabotażysta-zazdrośnik

Najczęściej występującym sabotażystą jest zazdrośnik. Do dziś pamiętam jedną z moich podopiecznych (dyrektor w dużej korporacji), która odchudzając się z wagi ponad 100 kg, każdego dnia otrzymywała „dowody przyjaźni” w postaci korporacyjnych koleżanek, wpadających z drogimi bombonierkami (jedna pralinka Ci nie zaszkodzi) czy likierami (tylko do kawy na stres), a na 40. urodziny dostała jednego dnia 3 torty i 4 kosze słodyczy, choć uporczywie walczyła o każdy kilogram wagi mniej. Złośliwość? Przykład klasycznego sabotażysty-zazdrośnika, który cichaczem podpiłowuje kruchą gałąź naszego zapału i perspektywy zmiany. Dlaczego tak robi? Bo prawdopodobnie sukces zmiany u kogoś innego obnaży jego własną bezradność czy lenistwo, jego własne zaniedbanie czy apatię w istotnej życiowej czy zawodowej kwestii. Będzie więc sabotował Twoje zmiany, by nie zostać samemu w Klubie Zgody na Nieudacznictwo. Trudne, ale bardzo ludzkie… Warto spróbować zrozumieć – tu z pomocą przychodzi analiza swoich relacji i naszych własnych odruchów sabotażysty-zazdrośnika.

Sabotażysta-sceptyk

Sceptyk to piła tarczowa naszych zmian, najczęściej zachowanie to udziela się bliskim mężczyznom – mężom, partnerom, kolegom z pracy. Tu w grę wchodzi rywalizacja, a jak wiadomo w takich pojedynkach mężczyźni jeńców nie biorą. Po czym poznać sabotażystę-sceptyka? Będzie palił Twoją motywację do zmiany, wykarczuje każdy gram Twojej wiary w siebie, pozostawiając uczucie pustki, poniżenia, bezsilności i kretynizmu całego pomysłu zmiany. Sceptyk po prostu wierzy tylko w swoją siłę, w swoją moc sprawczą, ma swoje (jedynie słuszne) zdanie na temat Twojej słabej silnej woli (bo przecież 3 razy już jeździłaś na wczasy odchudzające, więc przestań wymyślać!) i tego zdania zmienić nie ma zamiaru, bo nie ma zwyczaju weryfikować swoich sądów i przekonań (czyli w jego mniemaniu prawd objawionych). Dlatego stanowczo i kategorycznie będzie niszczyć Twoją zmianę. Gdyby przecież zmiana się udała, to Ty mogłabyś się zmienić, a wtedy zmiana mogłaby dotknąć także jego? Lepiej zatem palić w zarodku. Co zrobić z sabotażystą-sceptykiem? Zamienić w pluszowego misia się nie da, więc najlepiej unikać z nim rozmów o zmianie, ignorować lub konfrontować. A wtedy niech moc będzie z Tobą!

Sabotażysta-ignorant

Moje podopieczne często złoszczą się na swoje mamy czy mężów za notoryczne bojkotowanie ich morderczych wysiłków odchudzania słodyczowymi gestami miłości. „Przecież wie, że nie jem teraz słodyczy i że mam ciężki okres w pracy. To po jaką cholerę znosi do domu Rafaello, przecież wie, że to moje ulubione i zjem całe opakowanie!” Ano właśnie dlatego, że wie, że to Twoje ulubione i zawsze koiło Twoje stresy – to tym razem ma nadzieję, że też pomoże! Taka jest perspektywa sabotażysty-ignoranta, który nie chce źle, chce być wsparciem i stara się nim być tak, jak potrafi… A potrafi właśnie w taki sposób. Ignorant (nie lubię tego słowa, bo w języku polskim to synonim ograniczenia umysłowego i intelektualnego prostactwa, podczas gdy ignorant to ktoś, kto nie rozumie/nie wie) najczęściej nie rozumie problemu, z którym się zmagamy, więc jego wsparcie jest nieporadne, nawet przeciwskuteczne. Warto poświęcić mu więcej czasu na wytłumaczenie, warto powiedzieć które jego działania będą skutecznym wsparciem, a które nie. I doceńmy jest wysiłki!

Sabotażysta-gwiazdor

Tu uczciwie opowiem o sobie, choć będzie to antyreklama, ostrzegam. Gdy ponad 15 lat temu schudłam w ciągu roku 20 kg, stałam się bohaterem ówczesnego mojego otoczenia. „Czy Ciebie zahibernowali w jakimś eksperymencie? Szczupła i czas się dla Ciebie zatrzymał!” – komplementy w tym stylu osładzały moją codzienność i umacniały przekonanie o wyjątkowości i monopolu na odchudzeniowe racje i porady. Tak, siedziałam na tronie odchudzeniowego gwiazdora. Zwracało się do mnie wiele osób chcących skutecznie schudnąć, byłam dla nich autorytetem. Słuchały mnie uważnie i ufały mi bezrefleksyjnie. Bo byłam autorytetem. A ja po pewnym czasie dostrzegłam, że średnio życzliwie dzielę się z nimi moim doświadczeniem. Złapałam się na mimowolnym sabotowaniu odchudzania innych ludzi – by nie stracić należnego mnie żółtej koszulki lidera zmiany. Przemyślałam i zmieniłam podejście, choć moja osobista pycha dostała niezły łomot. Sabotażysta-gwiazdor to osoba, która ma w żywej pamięci własny wysiłek zmiany i nie umie się nim prawdziwie dzielić. Nie rozumie, że gdy „odda” swoją wiedzę, to jemu nie ubędzie, a sukces zmiany innych ludzi będzie tylko potwierdzać jego drogę i jego eksperckość. Droga od sabotażysty-gwiazdora do eksperta naprawdę bezcenna! Jak traktować gwiazdorów? Słuchać, czerpać i dać się inspirować, pamiętając o tym, co powyżej napisałam.

Czasem stajemy się także sabotażystą samego siebie w zmianach. Ale o autosabotażu napiszę następnym razem!

Polecam także rozmowę o sabotażystach zmiany w moim cyklu autorskim magazynu „Uroda Życia”, numer WRZESIEŃ 2018.

Uwaga, pułapka: Masz chwilę dla siebie, to zjedz czekoladkę!

O emocjach w relacji z jedzeniem.

Czekoladki to nie wyraz miłości

Romantyczna randka – słodycze w wersji na biało, czyli migdał w cukrze, skąpany w wiórkach kokosowych. Ah, jak przyjemnie… Jak słodziutko…Kupmy i ofiarujmy, bo przecież dając czekoladkę, dajemy wyraz miłości…

Wdzięczność rodzicom za wspólne popołudnie – tym razem kupmy opakowanie słodyczy z francuskojęzycznym „Dziękuję Ci”! No bo cóż znaczy podziękowanie bez „symbolicznego” dowodu cukrowej wdzięczności… Dając czekoladki, pokazujemy przecież, że doceniamy i kochamy… Dajemy wyraz miłości…

Masz chwilę tylko dla siebie – rozkoszuj się okrąglutką czekoladką w czerwonym papierku, no bo czym innym mogłabyś wypełnić czas dla siebie? I po co w ogóle się zastanawiać, czym wypełnić czas, jeśli wystarczy pójść za głosem reklamy i włożyć w usta pachnący kawałek cukru i tłuszczu w przecudnym papierku? A potem kolejny… I kolejny… Jedząc czekoladki pokazujemy samej sobie, że doceniamy siebie, że siebie kochamy! Bo przecież mamy prawo do chwili przyjemności! Udowadniamy sobie, że jesteśmy dla siebie ważne… Dajemy sobie wyraz miłości…

Czary-mary, hokus-pokus i po roku powtarzania takich emocjonalnie nacechowanych komunikatów po pierwsze zaczynamy w ten sposób żyć, a po drugie – w takich przekazach i nawykach wychowujemy dzieci. Uogólniam? Trochę tak, ale spójrzmy wokół, poobserwujmy przez kilka dni najbliższych i sąsiadów. Zachęcam!

Pozorny rosnący standard życia to realna szybka droga do tycia. Nie ma już potrzeb, są nawyki, reklama i wygodnictwo.

Jedzenie nie zastąpi smaku i sensu życia

To tylko przykłady reklam ostatnich dni. Reklam zgubnych dla tych z nas, którzy mają do jedzenia słabość. A ma ją bardzo wielu z nas – czy to znak czasu społeczeństwa w „niedoczasie” życia dla samego życia? W „niedosmaku” samego prostego życia i codziennych, zwykłych ludzkich relacji?

Czas i smak. Proste i banalne z pozoru. Kupić się tego po drodze z pracy do domu nie da, w pakiecie świadczeń zdrowotnych w korporacji nie dają. Trzeba samemu odnaleźć i zaborczo strzec, pielęgnując każdego dnia. Bo też ani czasu ani smaku „nachapać się” na zapas nijak nie da, trzeba je degustować małą łyżeczką, każdego dnia, z cierpliwością i łagodnością.

Czyli, że znowu czegoś nowego mamy się jeszcze uczyć? Gdy nie wyrabiamy wobec wymogów, nacisków, oczekiwań i rozlicznych motywatorów, czyhających od razu za drzwiami domu? Nic bardziej błędnego. Mamy się nie nauczyć, a oduczyć. Oduczyć się tych nawyków i przymusów, którymi obrośliśmy, a które ukradły nam dwa diamenty: czas i smak. Diamenty, które nie służą nam do ozdoby, a do oddychania. Bezcenne dla nas i naszych najbliższych. Jak powietrze. I jedzeniem ich nie zastąpimy.

Co nam robi jedzenie i co my zrobiliśmy z jedzeniem?

Wg statystyk amerykańskich, 2/3 białej dorosłej aktywnej zawodowo populacji USA, Europy i Kanady, w sytuacjach stresowych je zbyt dużo, je byle co lub nie je w ogóle. Bardzo wyraźnego znaczenia dla współczesnego człowieka nabrało jedzenie, relacja z jedzeniem stała się dla wielu osób, zwłaszcza kobiet, jedną z kluczowych relacji w życiu. A jednocześnie jedną z najtrudniejszych… Bo z pracy można odejść, przyjaźń można zakończyć, alkohol czy papierosy można odstawić, natomiast z jedzeniem to się nie uda. Relację z jedzeniem mamy całe życie – jedni z nas czują w niej wolność i radość, a inni – ograniczenie i uzależnienie.

Zapraszam do wysłuchania rozmowy o emocjach w relacji człowieka z jedzeniem – rozmowa z cyklu „Ład emocjonalny” pani Łady Drozdy, ChilliZet.

O kurzu i piórach. Egzystencjalnie przy niedzieli.

Być radosnym, dobrze czynić i wróblom pozwolić ćwierkać – to najlepsza filozofia”[1]

Cudowna pani Roma Ligocka napisała kiedyś, że „piękno świata jest wszystkim jednakowo ofiarowane i dostępne, a jednak tak wielu nie potrafi tego zobaczyć ani przeżyć”. Napisała to malarka i pisarka, która jako Żydówka część wojny przeżyła w getcie krakowskim, a po wojnie zmagała się z depresją i powoli uczyła radości życia. No właśnie, radości życia…

Moja mądra i kochana przyjaciółka, wybitny psycholog i znawca najczarniejszych zakamarków ludzkich dusz i krzywd, przysłała mi wczoraj sms ze zdjęciem popołudniowego wrześniowego wybrzeża nad Zegrzem. Perspektywa spokojnej cichej tafli wody, nad nią mocne puchate chmury, leniwie ziewające i chowające się już słońce, przycumowane lub lekko dryfujące na wodzie łódki. Milczące niczym żołnierze na warcie drzewa, nieliczne boje na wodzie, piaszczysto-ziemisty brzeg. Obraz niczym z fototapety Iphone XS, a uchwycony prostym telefonem od niechcenia – stop klatka tego, co Ewa widziała, na co patrzyła i czym sama chciała się zachwycić. Ewa umie PATRZEĆ, a nie tylko widzieć, zawsze ją za to podziwiałam. Uczyła mnie tego, gdy przez rok chodziłam do niej na terapię. Szukając – no właśnie, radości życia…

Ewa napisała sms w charakterystycznym dla siebie telegraficznym skrócie: „Piknie tu. Wcześniej na miotle sprzątałam blaszak na łódki. Trochę kurzu, trochę piękna. Życie”.

Trochę piękna, trochę kurzu. Życie. Dotarło do mojego zakatarzonego jestestwa, jak ważnym jest dla mnie by nauczyć się w pokoju i pokorze przyjmować patchwork, jakim jest życie, złożone właśnie z piękna i kurzu. Bo czasem jest tak, że cholernie musimy się namęczyć, nasprzątać, nawdychać kurzu, nawet napłakać się z mieszanką złości i czułości (dobrze robi oczom alergicznym na kurz, wiem coś o tym!) i nałykać prochu z kurzu. I na dodatek nie zawsze ta kurzowa mordęga ma sens, a może my tego sensu nie widzimy po prostu? Każdy, kto w życiu zmagał się ze stratą bliskiej osoby czy depresją wie, jak kluczową umiejętnością jest, by nie zapatrzeć się na ten kurz, na wysiłek, na mordęgę, na ból. By nie zanurzyć się w tym bezwolnie i samotnie. By świadomie lub bezrefleksyjnie podnosić głowę znad kurzu i błota, znad cierpienia i nędzy, by poprosić o pomoc i umieć ją przyjąć. Jak wańka-wstańka, jak muchy do miodu – najbezczelniej odszukując – no właśnie, radości życia…

Cholernie to trudne. Tak się przyznać, że potrzebujemy czyjejś pomocy. W dobie gdy rozwój osobisty stał się nadsensem życia (czytaj: bożkiem), gdy Internet kipi od głosicieli i pseudomędrców maści wszelakiej, gdy życie w wielkich miastach i obraz świata w telewizji przypominają coraz bardziej rzeczywistość z baśni Andersena „Nowe szaty cesarza”, a standardową aktywnością obywatelską i społeczną jest „lajkowanie” z kanapy.

Dlatego często czujemy się w życiu jak na lodowisku, w łyżwach, na których musimy sami uczyć się jeździć, odbijając od bandy do bandy, zaliczając od innych podobnych „łyżwiarzy” łokciem w oko i lądując na tyłku setki razy. A żeby tak jeszcze mieć jasność dokąd zdążamy – byłoby prościej. Dryfując tak od Sylwestra do Sylwestra, stajemy się często łapczywi i chciwi na przyjemności, chciwi na szczęście – by się nachapać, nałapać, najeść „za krzywdy, za ten cały kurz i dodatkowo na zapas” (to też wychodzi na warsztatach dot. relacji z jedzeniem i zajadania emocji). A chciwość morduje radość. Im większa chciwość, tym silniejsze „Muszę!” i tym głośniejsze „Moje!”, co niszczy i zagłusza otwartość, radość, wrażliwość. Zostaje emocjonalny kac, wrażenie przeżarcia nie tym co trzeba. Trochę taka egzystencjalna cukrzyca czy bulimia. A z radością życia to trzeba małymi krokami – małą łyżeczką, żeby czkawki nie było. Ale codziennie. 300 razy dziennie. Zapatrzeć się na świat wokół, na ludzi tak zwariowanych i słabych jak my. Tak jak Ewa pozachwycać się i podziękować Bogu. Za piękno i za kurz.

Trochę kurzu i trochę piękna. Życie. Bez zbytniej chciwości na piękno i bez zapatrzenia na sam kurz. Bez daltonizmu życiowego, tak po mojemu.

O piórach miało być na koniec! Ogromnie mnie urzekło zdanie Mirona Białoszewskiego „Łap radość za ogon, bo nawet jak się wyrwie – zostaną Ci pióra!”. Zdrowie Pana Mirona!

[1] Św. Jan Bosko – gość z radością życia w DNA

Otyłość to cyklon B świata dobrobytu. Obudźmy się, kochani!

OTYŁOŚĆ NA ŚWIECIE WZROSŁA BLISKO TRZYKROTNIE W OSTATNICH 40 LATACH.

Otyłości trzeba się bać. Bo otyłość morduje. Celowo nie piszę, że zabija – na słowo „zabija” przestaliśmy już reagować. Już je oswoiliśmy, przestaliśmy słyszeć… Tak jak przestaliśmy widzieć otyłość wokół siebie. I to jest bardzo groźne. Trzeba zdać sobie z tego sprawę raz na zawsze i musimy stawić temu czoła – wszyscy. Bo już pokolenie naszych dzieci będzie żyło krócej niż my, a choroby które otyłość powoduje – będą prawdopodobnie cięższe i bardziej śmiertelne. Nie wolno nam tego lekceważyć. Tak jak nie wolno nam stygmatyzować i wyśmiewać osób otyłych. Bo oni są jedynie papierkiem lakmusowym standardu życia, który sami sobie współcześnie stworzyliśmy. My, ludzie, marzyliśmy o dobrobycie i o wszechdostępie do żywności, a stworzyliśmy tymczasem kulturę nadmiaru pożywienia, z którą nasze organizmy absolutnie sobie nie radzą. I najpierw (tylko!!!) tyją, a potem – mniej lub bardziej ukrycie generują choroby otyłością powodowane. Bo otyłość „zatruwa” cały organizm, obrazowo rzecz ujmując.

Nosiłam się z tym wpisem od miesiąca – od obchodów Światowego Dnia Otyłości, kiedy w Instytucie Żywności i Żywienia organizowaliśmy specjalną konferencję prasową. Wtedy sama z zadziwieniem zaobserwowałam, że nawet część dziennikarzy tematu „nie widzi”. Nowotwory – tak, Alzheimer – tak, choroby układu sercowo-naczyniowego – tak, depresja – tak. Ale otyłość już niekoniecznie – część dziennikarzy, nawet tych z wielką wiedzą zdrowotną i społeczną, zdaje się nie widzieć lub nieświadomie ignorować otyłość. A to pierwsza, krytyczna i najnowocześniejsza autostrada do większości poważnych chorób (cukrzyca typu 2 i jej często śmiertelne powikłania, udar mózgu, nadciśnienie tętnicze, nowotwory złośliwe, kamica żółciowa). Wg badań, do 2030 roku otyłość dotknie co najmniej połowy mieszkańców Europy. Czyli co drugiego przechodnia na ulicach Warszawy, co drugiego pasażera Intercity, co drugiego sąsiada na osiedlu, co drugiego lekarza, co drugiej kosmetyczki, co drugiego informatyka itp.

Na otyłość oczy przymyka także wielu lekarzy. Dlaczego?

Bo 5-10 kg nadwagi nie uważają za nic złego? To duży błąd, skutkujący społecznym i medycznym przyzwoleniem na otyłość.
Bo pulchne dziecko z nadwagi niby wyrośnie? Większość nie wyrasta, z pulchnych dzieci wyrastają jeszcze pulchniejsi i coraz bardziej chorzy dorośli.
Bo sami lekarze to środowisko coraz bardziej otulone nadmierną tkanką tłuszczową? Coś jest na rzeczy, gdy przyglądam się uczestnikom wielu konferencji dla środowiska medycznego.
Bo wciąż nie uznają otyłości za chorobę tak „na serio”, a raczej za stan przejściowy i odpowiedzialność samego pacjenta, a do tego rzecz bardzo intymną i delikatną? Trudna sprawa. Jest to kwestia intymna i delikatna, mocno zakorzeniona w obrazie samego siebie pacjenta, ale bardzo często otyłość jest konsekwencją nieświadomości lub złych nawyków pacjenta. A statystyki i prognozy wyglądają słabo: pod względem występowania nadwagi i otyłości w populacji dorosłych Polska zajmuje już piąte miejsce na świecie (DuPont, Światowy Indeks Bezpieczeństwa Żywnościowego, 2016), a polskie dzieci są zaliczane do najszybciej tyjących w Europie (wg części badań, polscy 10-latkowie są najgrubsi na kontynencie).

Wg Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej (IDF 2014), Polska jest obecnie na czwartym miejscu wśród 10 krajów z największym na świecie występowaniem stanu przedcukrzycowego. Przewiduje się, że do 2035 roku Polska obejmie niechlubne prowadzenie w tej kategorii, wyprzedzając Kuwejt, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malezję czy Hongkong[1].

Otyłości dzieci woli niestety nie widzieć także część nauczycieli, wychowawców i dyrektorów szkół. Wśród moich podopiecznych są rodziny, w których rodzice usiłują zmienić nawyki żywieniowe na korzystniejsze – konsekwentnie, odważnie i kreatywnie eliminują z diety swoich dzieci zbędny cukier, tłuszcz i sól, ograniczają do możliwego minimum spożywczą chemię, co więcej – organizują „zdrowy” catering na imprezach szkolnych, sami uaktywniają się fizycznie by dawać dzieciom niezbędny dobry przykład. I ogrom tej pary idzie niestety w tzw. gwizdek, bo w szkołach są automaty ze słodką chemią. Czy muszą być? Ano teoretycznie nie muszą… ale – jak tłumaczy pani dyrektor, sensowna naprawdę i zaangażowana osoba – automatów usunąć się nie da, bo dla części dzieci to jedyna opcja zjedzenia „czegoś na śniadanie” i ich rodzice będą się buntować (słowo daję, autentyczny argument), panu ajentowi od automatu nie opłaca się umieścić w nim zdrowsze produkty (sprawdzał, nie zarobi chłop – matematyka prosta), a poza tym z automatu korzystają też nauczyciele, a przecież ich dobro też się liczy. No i weź tu ucz dzieci zdrowych nawyków! Sytuacja z dziećmi jest jeszcze o tyle paradoksalna, że wg danych posiadanych przez IŻŻ dzieci w wieku 7-13 lat są grupą najbardziej wrażliwą na perspektywiczny rozwój otyłości. Jednocześnie jest to grupa najbardziej wrażliwa na skuteczność jej zahamowania! Czyli, my dorośli, możemy albo „wdrukować” dzieciom w tym wieku otyłość na całe życie, albo możemy je z niej wyleczyć i zaprogramować na dłuższe, zdrowsze życie.

Warto przemyśleć sprawę.

[1] Informacja prasowa Instytutu Żywności i Żywienia, maj 2018

DO NIEBA NIE PÓJDĘ, BO MAM LĘK WYSOKOŚCI! – przy herbacie o strachu przed lękiem.

NIEPOKÓJ – NAJSILNIEJSZA EMOCJA CZŁOWIEKA

Często nie rozróżniamy strachu od lęku, wrzucamy je do jednego worka, oznaczając w umyśle jako wstydliwe, niepełnowartościowe, zbyt nas osłabiające. Łączymy strach z lękiem, nadając im wspólny synonim „niepokoju”, który nie przystaje do obrazu nas samych oraz do wymogów świata wobec nas. Jednocześnie wielu z nas lubi się trochę pobać – gdy za oknem grzmoci burza, gdy leci dobry film katastroficzny czy gdy wstajemy z kanapy by w czasie powodzi układać w tonących dzielnicach worki z piaskiem. Bo generalnie niepokój to absolutnie najsilniejsza emocja człowieka – taka, która potrafi budzić nas do działania lub kompletnie usztywnić, którą doskonale znają i hołubią specjaliści od marketingu oraz twórcy wiadomości telewizyjnych czy wszelkich żółtych i czerwonych pasków na kanałach informacyjnych.

Ponieważ jednak niepokój niepokojowi nierówny, warto na chwilę pochylić się nad tematem by nauczyć się identyfikować i rozumieć swój strach oraz swój lęk. Bo to pomocne w życiu szczęśliwym!

 

STRACH JEST NATURALNY

Strach jest emocją prostą, dzięki której zdrowy człowieka natychmiast reaguje na zagrożenie, steruje nim ośrodek strachu ciała migdałowatego mózgu. W odpowiedzi na zidentyfikowane zagrożenie mamy do czynienia z erupcją hormonów stresu, co w ciele objawia się drżeniem rąk, przyspieszonym biciem serca i szybszym oddechem, poceniem się, chwilowym zagubieniem w toku myśli czy mowy albo rozszerzeniem naczyń krwionośnych. Czyli w większości sytuacji codziennych, strach sam w sobie nie jest dla nas zagrożeniem, lecz jest cennym i nie pozostawiającym nas obojętnymi sygnałem ostrzegawczym.

 

STRACH PRZED LĘKIEM?

Lęk natomiast nie jest strachem. Jest zdecydowanie bardziej skomplikowany, trudniejszy w identyfikacji czy opanowaniu, a także destrukcyjny w konsekwencjach. Jest to uczucie, które odczuwamy wtedy, gdy oczekujemy na pojawienie się zagrożenia lub je sobie wyobrażamy. Kieruje nim bardzo ważna i złożona część naszego mózgu, czyli kora przedczołowa, zawiadująca naszą wyobraźnią. I tu właśnie jest pies pogrzebany… Jak wiemy, nasz mózg zwykle nie odróżnia zdarzeń realnych od tego, co sobie wyobrażamy. Możemy intensywnie myśleć o jędrnej, pachnącej i soczystej arcyżółtej świeżo przekrojonej cytrynie i nasze ślinianki będą pracowały tak samo, jak w realu, gdy taki owoc trzymamy w dłoni. Mózg wysyła identyczne komunikaty! Dlatego też, gdy nasza wyobraźnia podsyca myśli o zagrożeniu – może ogarniać nas lęk nie do opanowania, możemy bać się dokładnie tak samo, jak by sytuacja z wyobraźni miała faktycznie miejsce. A zatem, nasza wyobraźnia to broń obosieczna, bo tak samo sprawnie pozwala nam tworzyć piękne obrazy, jak i z szybkością karabinu maszynowego tłuc nas myślowo scenariuszami zagrożenia. Zawsze mówiłam, że mózg człowieka jest przereklamowany!

Skąd się bierze lęk czy predyspozycje do lęków?

Wg danych, lęki dotykają 10% Polaków, zmagają się z nimi w większości kobiety, natomiast ataki nieuzasadnionej paniki dotykają blisko połowy naszego społeczeństwa, tak kobiet, jak i mężczyzn.

Badania dowodzą, że bardziej podatne na lęk są osoby, które w przeszłości doświadczyły w realu dużego zagrożenia. W ich mózgu „wyzwalacz” lęku przed analogiczną sytuacją został wówczas zakodowany i prawdopodobnie będzie dawał o sobie znać w każdej podobnej sytuacji. Warto także pamiętać, że kora przedczołowa jest także odpowiedzialna za naszą kreatywność, więc gdy w myślach zaczynamy się nakręcać lękowo po pojawieniu się „wyzwalacza” – nasza wyobraźnia jedzie po bandzie generując mocne scenariusze, zgodne z naszymi „lękowymi okularami”. A ponieważ nasz mózg nie rozróżnia bodźców realnych od scenariuszy myślowych w takiej sytuacji – autentycznie napędzamy własny lęk, intensyfikujemy go, co często nas paraliżuje, blokuje, zamyka, napawa ciężkim smutkiem. Dobra nowina jest taka, że rzekomo 90% sytuacji, których się boimy, nie zdarzają się w rzeczywistości – warto zatem uczyć się współpracować ze samym sobą by lęki nie determinowały naszego stylu życia i obrazu siebie, obrazu świata oraz ludzi.

Osoby o skłonnościach lękowych, tzw. osobowości unikające, często podświadomie boją się świata, widzą go jako pole walki, jako rzeczywistość pełną zagrożeń, obce im jest poczucie bezpieczeństwa – niejako spodziewają się, że wydarzy się to co złe, że inni ludzie działają mniej lub bardziej świadomie na ich niekorzyść, że nawet ich bliscy czy Bóg nie kochają ich ot tak, za darmo, za nic… Jest powiedzenie, które dobrze obrazuje skłonności lękowe i samospełniające się scenariusze, będące często tego skutkiem:

Jeśli spędzasz życie wciąż czekając na burze, nigdy nie nacieszysz się słońcem i zapachem letniego deszczu”.

 

Co z tym robić?

Poobserwować siebie, przyjrzeć się własnym myślom i zidentyfikować mechanizmy prolękowe. Porozmawiać szczerze z mądrym i życzliwym znajomym (w realu, nie na Messangerze!!!), a potem pójść na terapię. I pamiętać, że człowiek nie zmienia się na pstryk – zmiana trwa nawet kilka lat. Tak, to długo, bo droga do wolności najczęściej jest kamienna, sandałki cisną, wkurzenie i łzy się leją, a ciężaru na plecach nie ma komu oddać. Taka droga. Ale za to, jaki widok ze szczytu!!! Tam się oddycha! Giewont wolności!

Zapraszam do kontaktu ze mną, zapraszam na sesje indywidualne i warsztaty coachingu, a także do obejrzenia program “Fajka pokoju”, w którym mówiłyśmy także o temacie strachu I lęku:

http://www.polsatnews.pl/wideo-program/fajka-pokoju-4112017_6466633/

 

Suplementy diety – pseudoleki-wydmuszki i rynek wart miliardy. Quo vadis?

Program „Fajka pokoju” w Polsat News 2 uważam za jeden z ciekawszych programów typu publicystycznego, w którym trendy i wydarzenia społeczne komentowane są przez kobiety – ekspertki, obserwatorki otaczającej rzeczywistości. Ten program cenię i lubię, porywa mnie niezmiennie klasa gospodyni, pani Jolanty Fajkowskiej. Bardzo dziękuję za zaproszenie mnie do udziału w ostatniej „Fajce”, poniżej zamieszczam link do materiału w Polsat News 2. A przy okazji – napisałam krótko o suplementach, będących jednym z czterech poruszonych tematów. Przeczytajcie i obejrzyjcie, zapraszam!

 

Rynek pieniądza czy rynek zdrowia?

Rynek suplementów w Polsce to wielka kura stale znosząca złote i platynowe jaja. Rozwija się bardzo dynamicznie, statystyczny Polak wydaje rocznie na suplementy ok. 100 zł (w roku 2015 – wydaliśmy na suplementy 3,5 mld zł). W latach 1997-2005 polski rynek suplementów wzrostowo pobił rekordy wszystkich państw Unii Europejskiej (wzrost o 219%), obecnie rośnie średnio o 8% każdego roku, z marżą rzadko spadającą poniżej 40%. W tych samych latach ilość reklam suplementów i leków bez recepty wzrosła 20-krotnie, dziś co czwarta reklama dotyczy właśnie tych produktów[1]. Jednocześnie, od 2007 roku w rejestrze Głównego Inspektoratu Sanitarnego znalazło się przeszło 30 000 suplementów. Te liczby dają po oczach.

Jako konsumenci o suplementach wiemy niewiele. Najczęściej mylimy je z lekami bez recepty, utożsamiamy z witaminami i minerałami, przypisujemy im właściwości lecznicze, a najlepsze jest to, iż jemy je w przekonaniu, że są tak samo kontrolowane jak leki.[2] Czas na nowy etap naszej konsumenckiej świadomości, co potwierdził dobitnie ostatni raport Najwyższej Izby Kontroli.

 

Czym są, a czym nie są suplementy diety?

Suplement diety to żywność, w ustawie o bezpieczeństwie żywności i żywienia jest zdefiniowana jako środek spożywczy, którego celem jest uzupełnianie diety. Tym samym, żaden suplement nie jest produktem leczniczym i nie leczy, choć ma formę i postać taką samą jak leki, a głównym źródłem jego dystrybucji są apteki.

Warto także wiedzieć, że procedura kontrolna suplementów diety jedynie mgliście przypomina kontrolę, jakiej poddane są leki. Suplement diety pojawia się na rynku w drodze tzw. notyfikacji, czyli zgłoszenia do GIS produktu o określonym deklarowanym składzie. Nie ma obowiązku by produkt był zbadany, nie ma koniecznej weryfikacji. GIS mógłby taką weryfikację prowadzić, lecz organizacyjnie nie są w stanie – notyfikacja leży w gestii 7 osób, które zajmują się także innymi działaniami, a w ostatnich 10 latach GIS zarejestrował ponad 30 tys. suplementów. Jednym z trudnych paradoksów jest fakt, że na żądanie GIS suplement może być poddany weryfikacji, w trakcie której jest także w sprzedaży. Weryfikacja trwa średnio 8 miesięcy (maksymalnie 1,5 roku). Natomiast w przypadku powiadomień o nieprawidłowościach – weryfikacja trwa średnio 455 dni (maksymalnie ponad 2 lata), oczywiście w tym czasie produkt również dostępny jest w sprzedaży. Taka sytuacja J

Suplementy nie leczą, choć przypisujemy im działania lecznicze. Dlaczego tak w nie wierzymy? Bo wyglądają identycznie jak leki bez recepty i leżą z nimi na półkach, bo oznakowanie „suplement diety” często nie jest wyraźne, bo reklamowane są z wykorzystaniem wizerunku lekarza lub farmaceuty, a także dlatego, że przekazy reklamowe odwołują się do naszego lęku o życie, do naszego lęku o zdrowie swoje i naszych bliskich oraz do magicznego słowa „profilaktyka zdrowotna”, z którą suplementy mają jednak niewiele wspólnego.

Suplementy diety to środki spożywcze, które znajdują swoje zastosowanie jako uzupełnienie naszej codziennej diety w sytuacjach niedoborów, czyli:

  • W osłabieniu organizmu na skutek przewlekłej choroby, określonych dysfunkcji organizmu, antybiotykoterapii czy długotrwałego stresu
  • W okresie gdy dostarczenie określonych witamin czy ważnych minerałów jest utrudnione (np. vit D3 zimą lub dla osób pracujących sporo nocą).

I to tyle. Co więcej, suplement powinien być przyjmowany w konsultacji ze specjalistą ds. żywienia lub najlepiej lekarzem, inaczej może zakłócić działanie przyjmowanych leków. Suplement tani to najczęściej niestety „wydmuszka”, czyli produkt typu cukierek, który przelatuje przez nas, nie wchłania się w organizmie, a głównym jego efektem często jest nie-wiedzieć-skąd biegunka, ból brzucha czy zatwardzenie – świadczące właśnie o niewchłonięciu zjedzonego cuda. Bo suplementy jemy, a nie zażywamy J

Zdecydowanie kluczowe znaczenie ma dla nas sposób odżywiania, a nie łykane tabletki. Lepszą inwestycją w zdrowie rodziny jest zróżnicowana dieta niż kolorowe suplementy – nie wierzmy w to, że suplementy są idealne dla zabieganych i tych bardzo zajętych, że zastępują zdrowe odżywianie, że to jakaś „oświecona dieta” dla zamożnych i tych ważnych. To nieprawda, w którą decydujemy się ewentualnie wierzyć. Nasz wybór.

 

Kontrola NIK – czerwona kartka dla suplementów

Raport NIK o dopuszczeniu do obrotu suplementów diety był dla mnie, specjalisty ds. zdrowego żywienia, trudną lekturą. Nie pokazał niczego nowego, natomiast „wyciągnął spod dywanu” niezły śmietnik… którego nie dało się już nigdzie ukryć.

Poza wnioskami formalnymi (jak niewydolność GIS i marionetkowa rola UOKiK, nadużycia w reklamie oraz brak samoregulacji branży), raport uczy nas, że rynek suplementów nie jest kontrolowany, a skład produktu deklarowany na opakowaniu odbiega nierzadko od rzeczywistości – nie znaczy to, że producent intencjonalnie oszukuje, choć w przypadku przebadanych probiotyków trudno użyć innego słowa niż „ściema” – na 56 badanych próbek probiotyków, stabilności liczby żywych bakterii nie posiadało aż 50 próbek, co ma w tym wypadku priorytetowe znaczenie. Ponadto jeden z probiotycznych suplementów diety zakażony był grzybami. Fuj…

Co zatem robić? Zdrowo i mądrze się odżywiać. Suplementować dietę jedynie w konsultacji ze specjalistą i unikać tanich suplementów. Nie kupować suplementów w Internecie. Nie dać się wpędzać w poczucie winy reklamami suplementów. Nie wierzyć w magiczne efekty specjalne cudacznych preparatów „spalających” tłuszcz czy oczyszczających organizm w 24 h. Zawsze zachować zdrowy rozsądek i pamiętać, że producentowi suplementu diety najbardziej zależy na tym, byśmy my jego produktu kupowali jak najwięcej, nie zależy mu natomiast na naszym zdrowiu. Za nasze zdrowie odpowiedzialni jesteśmy tylko my. To sfera naszych wyborów, naszej świadomości i naszej kontroli. A ja wiosennie każdemu z nas życzę końskiego zdrowia i oślego uporu w konfrontacji z szarżą reklamową suplementów! Bo czy ktoś widział suplementującego się konia, krowę czy kurę? Znów nachodzą mnie wątpliwości w temacie wyjątkowości gatunku ludzkiego wśród ssaków ☺

„Fajka pokoju” – POLSAT NEWS2 – 4.03.2017

[1] Na podstawie raportu KRRiTV 2015

[2] Na podstawie badań TNS Polska 2104

Wygoda czy wygodnictwo? Ułatwienie czy pójście na łatwiznę? O diecie pudełkowej pod rozwagę.

Jak rydze obrodziły nam w ostatnich latach firmy oferujące tzw. dietę pudełkową, czyli codzienny dowóz posiłków wg określonego zamówienia. Zwykle jest to 5 dań, w tym 3 główne i 2 przekąski – ze średnią ceną 50-80 zł dziennie. Ok. 60% osób korzystających z tej formy karmienia to osoby na dietach odchudzających, w tym eliminacyjnych. W Internecie łatwo uzyskać informację o celebrytach – głównie aktorach – zachwalających pudełeczka, ich smakowitość i dobroczynny wpływ na styl życia i zdrowie. No, poezja i miód malina… czy naprawdę?

Kolorowe strony internetowe firm cateringu pudełkowego prześcigają się w komunikowaniu jakości, świeżości i smakowitości swoich dań oraz funkcjonalności opakowań. Niektóre także zamieszczają zdjęcia aktorów czy prezenterów TV, których uśmiechnięte twarze typu Colgate mają oddawać zadowolenia z pudełek i potwierdzać wiarogodność tychże.

W rzeczywistości jednak bardzo niewiele z tych firm świadczy np. usługę porady specjalisty przy wyborze określonej diety – jedynie klikamy w opcje typu 1000 kcal, 1500 kcal, bezglutenowa, jarska, bezmleczna i na tym się zwykle kończy całe zdrowotne „poradnictwo”.

Co więcej, tryb przygotowania posiłków również pozostawia wiele do życzenia: dostawy pudełkowe ruszają między 2 a 4 w nocy, więc znaczna część pudełkowych obiadów czy kolacji jest siłą rzeczy nie pierwszej świeżości. Bez cudów! Wierzę w rzetelność dotyczącą wartości energetycznej pudełek, choć smakowo wiele z nich jest nieatrakcyjnych – bardziej „hurtowych” czyli niby uniwersalnych. Korzystający z pudełek dłużej niż 4 tygodnie podkreślają monotonne smaki, powtarzalne przepisy, „kwiatki” w postaci owocowych pseudojogurtów oraz zaskakująco ciężkie dania kolacyjne (po których faktycznie nie kładziemy się głodni spać, lecz o lekkości w żołądku na wieczór także trudno pomarzyć). Dodam, że pomimo zapewnień firmy usługowej, korzystając z diety pudełkowej absolutnie nie mamy kontroli nad tym co jemy, nie uczymy się zdrowych nawyków żywieniowych i ryzykujemy uzależnienie. Po kilku miesiącach pudełek przestaje nam się chcieć przeznaczać czas na gotowanie, stajemy się kulinarnymi wtórnymi analfabetami, a frajda wspólnego rodzinnego czy przyjacielskiego pichcenia dla bycia razem więdnie i zanika.

Dygresja niekorzystna jeszcze jedna. Otóż, nie powinniśmy sugerować się opiniami celebrytów. Dlaczego? Ano dlatego, że przygotowując pudełka dla znanego aktora czy dziennikarza firma usługowa na pewno staje na przysłowiowej głowie by wszystko było jak najdoskonalsze. Jednak czy robiąc 3000 pudełek każdego dnia (tyle dziennie przygotowują największe firmy pudełkowe w Warszawie) firma jest w stanie zachować wychuchaną jakość pudełeczek dla celebrytów? Myślę, że ani nie jest w stanie ani też nie ma takiego zamiaru. Bo gwiazda to gwiazda, a Kowalski to Kowalski.

Czy ja potępiam zatem pudełka w czambuł?
Nie potępiam, choć jestem ich krytykiem jako stylu życia. Pudełka są moim zdaniem dobrą formą odżywiania na czas przejściowy i jako takie – spełniają swoją rolę. Czyli gdy mamy wyjątkowo trudne tygodnie zawodowo i prywatnie, a zależy nam na bezpiecznym odżywianiu – pudełka mogą być odpowiednią formą. Podobnie przy zmianie sposobu odżywiania (nauka lekkiej kuchni dla optymalizujących wagę czy przyswajanie nowych zasad gotowania dla osób zmuszonych do diet eliminacyjnych przy insulinooporności czy hashimoto) – pudełka zapewniają wówczas okresowo komfort kalorii, porcji i doboru składników. Ale przecież pudełko to zawsze pudełko – jak w samolocie czy pociągu, porcja podana i porcja zjedzona. Tylko tyle i aż tyle.

To co jest dla mnie najbardziej szkodliwe w pudełkach, to jednak nie sama żywność, lecz fakt, że pudełka oduczają nas dbania o siebie, przygotowywania posiłków, dzielenia się z innymi czasem, sobą i pożywieniem. Jakoś mi te pudełka sprowadzają człowieka do funkcji laboratoryjnego chomika, któremu się podaje co ma zjeść i wymaga się od niego jedynie sprawnego i w miarę dokładnego pogryzienia. Bo przecież pudełka z sałatkami czy kaszą z leczo mogę przygotować sobie sama… wg mojego smaku, wg mojej fantazji, mając kontrolę nad każdym używanym składnikiem i co więcej – taniej. Dbając w ten sposób o siebie samą nie tylko od strony fizycznej, lecz także emocjonalnej i społecznej. Bo jeśli jestem tym, co jem, to ja jakoś słabo się z tymi pudełkami stawianymi o 7.00 rano pod drzwi utożsamiam. To jednak moja opinia, nie musicie się z nią zgadzać.

Znam osoby będące orędownikami pudełek. Cenią wygodę tej formy, brak potrzeby dużych zakupów i myślenia „Co ugotować?”, brak bałaganu w kuchni i brak śmieci, a także dyscyplinę braku dokładek. Doceniam. Ale jako typ ceniący wolność i spontaniczność – nie popieram. Wierzę, a co więcej potwierdzają to dziesiątki moich podopiecznych, w naukę zdrowych nawyków, w naukę gotowania dopasowanego do mnie i do mojej rodziny, w naukę wolności i uważności w odżywianiu wymagającą od nas czegoś więcej niż funkcji trawienno-wydalającej. Co więcej, osobiście nie znam nikogo, kto schudł na pudełkach więcej niż 10 kg i samodzielnie utrzymał preferowaną wagę dłużej niż rok. Tyle mojej statystyki.

Dla chorych na brak czasu pomysł mam inny – są w Warszawie (nie wiem, czy w innych miastach) firmy świadczące usługi dostawy do domu zakupów wraz z przepisem na określone dania obiadowe czy kolacyjne, które jednak sami przygotowujemy. Robi się to tak: wybierasz na stronie danie czy dania, ilość osób, podajesz adres. O umówionej godzinie do domu przyjeżdża kurier z zakupami i bardzo szczegółowo rozpisanym, łopatologicznym przepisem jak to danie ugotować. Można? Można. Że kosztowne? Tak, ale coś za coś.

Moja propozycja: nie dajmy się pudełkować. W trudnych okresach – 2 do 4 tygodni – wykorzystajmy pudełka, lecz nie róbmy z siebie pudełkowych leniwców…

Bo jedzenie ma i zdecydowanie może być dla nas radością i wolnością w praktyce! Czego każdemu z nas życzę!

Załączam link do programu pani Jolanty Fajkowskiej „Fajka pokoju”, wyemitowanego w Polsat News 2. Tam nie tylko o diecie pudełkowej. Zapraszam do obejrzenia!

„Fajka pokoju” POLSAT NEWS2 – 28.01.2017

CZAS NA HYGGE? TO PRAKTYKA, KTÓRA MOŻE NIECO ULEPSZYĆ ŚWIAT, CZYLI KAŻDEGO Z NAS. HYGGE COACHING? ZAPRASZAM! RUSZAJĄ PIERWSZE GRUPY!

Dania to kraj maleńki i bardzo gęsto zaludniony. Ma 180 dni deszczu rocznie i w powszechnej opinii – ma dwie pory roku, czyli dwie zimy: zieloną i szarą. Słabiutko, depresyjnie okropnie…

Jednocześnie od lat Duńczycy okazują się w badaniach najszczęśliwszym narodem świata. Hello! Połowa świata im zazdrości i powoli próbuje podpatrzeć ów duński klucz do szczęścia, a kopenhaski Instytut Badań nad Szczęściem staje się coraz bardziej szanowaną instytucją. Że śmieszne? Może i tak, jednak ich styl życia – zwany HYGGE – będący już filozofią, rytuałami w domu i w pracy, wyraźna praktyka „jak przeżywać życie dobrze – w radości, w poczuciu celu i wspólnoty”, coraz częściej jest aspiracją dla sfrustrowanej Europy i otyłej Ameryki. Bo Duńczycy naprawdę osiągają imponujące poczucie spokoju, radości, równowagi, bliskości i szczęścia, o którym większość z nas marzy i myśli, wypierając to całym sobą w obliczu „wyzwań”, ambicji i oczekiwań współczesnego świata.

Hygge to słowo określające filozofię życia, która czyni Duńczyków najszczęśliwszym narodem na świecie. Nie ma odpowiednika w języku polskim, a opisuje chwile szczęścia, ciepła i bliskości, które możemy odnaleźć w najzwyklejszych sytuacjach.

To opozycja do stałego harmonogramu i timingu, do nawyku „przepracowywania” wszystkiego, do „wyciskania dnia jak cytryny”, do konsumpcjonizmu, który spolaryzował świat i do poczucia winy za „marnowanie” czasu.

Filozofia hygge to odnajdywanie swojego poczucia szczęścia w codzienności. Odnajdywanie i pielęgnowanie. Hygge oznacza bowiem bezpieczeństwo, przytulność, domowe ognisko, lecz też komfort bycia ze sobą, komfort bycia z innymi ludźmi i otaczającym światem. To koncepcja, filozofia, praktyka, którą można zbanalizować i skomercjalizować, sprowadzić do wystroju wnętrza czy kulinariów. To wszystko może ułatwić hygge, ale nie zastąpić. Bo jak napisał jeden z propagatorów hygge – hygge to przestrzeń między ludźmi, a nie rzeczami.

Jeśli więc chcesz lub chcesz chcieć:

  • Powrócić do prostoty i radości z dobrze przeżywanego życia, w poczuciu celu i bliskości ludzi
  • Przypomnieć sobie jak to jest, gdy robimy coś tylko dla przyjemności, a nie efektu
  • Odkryć czym jest dla mnie szczęście, nauczyć się poziomów i mierników własnego szczęścia
  • Przypomnieć sobie siłę swoich zmysłów by chłonąć świat i życie
  • Nauczyć się doceniać relacje, a nie międzyludzkie transakcje
  • Nauczyć się szanować swoje ciało, myśli i emocje
  • Odkurzyć pogodę ducha i zaprzyjaźnić się z nią na dobre
  • Wrócić do praktyki pielęgnowania relacji z ludźmi i czerpania z tego szczęścia
  • Nauczyć się dawać radość w relacjach i ją przyjmować
  • Nauczyć się odczuwać radość i bliskość bez sztywniactwa i udawania
  • Nauczyć się zachwycać codziennością

A do tego nie odkleić się od rzeczywistości, lecz po prostu połączyć w sobie wreszcie żółtko i białko by stać się jajem – symbolem dobrego życia… Z sobą samym jako odniesieniem głównym, a nie z pracą i kolejnymi działaniami do „przepracowania”. Bo po pierwsze – nie wszystko się da, a po drugie – nie wszystko warto…

Zapraszamy na programy hygge coaching w wersji warszawskiej J W przyjaznej wersji dla osób indywidualnych, dla rodzin, grup czy firm!

Wraz z zespołem pozytywnie zakręconych na punkcie życia specjalistów – zapraszamy do programów, łączących life coaching, coaching zdrowia, psychoterapię oraz elementy edutainment.

Więcej na stronie www.KorzenieSkrzydla.pl

Napisz do mnie: marta@KorzenieSkrzydla.pl

Zadzwoń i dowiedz się więcej: +48 609 89 87 74

Dziury w sercu czekoladą nie zatkasz – o zajadaniu samotności.

Samotność jest jak jabłko – słodkie czy zgnilizna?

Może być samotność przepyszna – ta pozytywna, gdy dajemy sobie czas i przestrzeń na bycie ze sobą. Na przemyślenia, odpoczynek od bodźców zewnętrznych, na działanie tylko dla przyjemności, na modlitwę i na zatrzymanie się w codziennym pędzie – takie jabłko dobrze nas karmi, jemy je małymi kęsami, jest smakowite i najczęściej przynosi spokój i radość. Smaczne jabłuszko, dobrą sytość J

Jest też jednak samotność cierpka i kwaśna – często wynikająca z naszej izolacji, zamknięcia się na innych, będąca wynikiem trudnych przeżyć i zranień, choroby, czy też lęku przed podzieleniem się tym, co nas przygniata. Bo „ludzie nie lubią słabych ludzi”, bo „chłopaki nie płaczą” (silne kobiety też nie! Nie będziemy gorsze przecież!), bo to wstyd nie umieć sobie poradzić w świecie przymusu sukcesu i stałego rozwoju, bo „każdy ma swoje problemy, po co innym sobą głowę zawracać?”. Takie wdrukowane nam przekonania często są powodem osamotnienia i gorzkiego poczucia, że jesteśmy skazani na samotność. Cierpkie jabłko, aż zęby bolą…

Może być też samotność smakowita z pozoru jak jabłuszko rajskie, jednak trująca przy kolejnych kęsach. Tak dzieje się wtedy, gdy zapędzeni w naszych obowiązkach, karierze, fitnessach, kursach i terapiach, gubimy prywatny kontakt z innymi ludźmi. Miało być tylko na chwilę, by się SAModzielnie ogarnąć, by tak SAModzielnie stanąć na nogi… a budzimy się po roku ze słusznym poczuciem, że z grona osób, do których możemy w każdej chwili zadzwonić, został tylko operator GSM lub dostawca pizzy. I że w sobotę nie mamy do kogo gęby otworzyć. Żałosne? Tak. I często nie do odrobienia. Źle wybrany owoc, prawie zgniłek…

Jedzenie – zatyczka na samotność powszechnego użytku.

Gdy dopada nas poczucie osamotnienia, nasz organizm automatycznie dąży do zaspokojenia głodu, który odnotował. Poczucie osamotnienia jest bowiem mierzalnym głodem bliskości drugiego człowieka, obecności „po nic” i akceptacji „pomimo”. Jest głodem przyjaźni, partnerstwa, ujrzenia swojej wartości w oczach drugiego człowieka, dla którego jesteśmy ważni tacy jacy jesteśmy. Nasz organizm będzie zawsze dążył do zaspokojenia takiego głodu, natomiast narzędzia i metody wynikają wprost z naszych nawyków, przekonań i cech charakteru.

Wielu z nas – szczególnie kobiety – nauczyło się zajadać samotność. To nawyk, w którym z jedzenia „lepimy sobie” kompana, dzielącego naszą samotność. Jedzenie staje się wówczas towarzyszem, kumplem, takim drugim na kanapę w smutny samotny weekend. W gruncie rzeczy, to kompan prawie idealny! Milczący, zawsze przytakujący, dostępny na zawołanie i otwarty na nas w 100% – możemy go pochłaniać do bólu… dosłownie do bólu… Co nam daje takie towarzystwo? Przez pierwszych 5 minut – ulgę, poczucie wypełnienia się ulubionym smakiem, polepszenie nastroju, wrażenie mniejszej samotności. Lecz po 5 minutach – najczęściej poczucie beznadziei, wyrzuty sumienia, zawód sobą samym, brak sensu i wszystko-mi-jedno (o dodatkowych 1000 kcal w biodrach nie wspomnę). W takim momencie zwykle włącza się w nas Zelmer-Wszystkojad na 5 biegu, a my mamy wrażenie przymusu pocieszenia siebie tu i natychmiast! Czym? Jedzeniem…

Trudno jest świadomie myśleć, gdy nadjeżdża lokomotywa SAMOTNOŚĆ. Jeszcze ciężej, gdy głównym nawykiem zatykania dziury pt. Osamotnienie jest nawyk zajadania. Bo naprawdę dziury w sercu nie zatkamy ani Ptasim Mleczkiem, ani lodami ani makaronem. A poczucie osamotnienia i smutek tuczą nas tak samo jak cukier i tłuszcz.

Jak wstać z brzucha na nogi?

Po pierwsze – stanąć twarzą w twarz z prawdą, że źle się dzieje w państwie duńskim. Bez czarnowidztwa i bez biczowania siebie myślami. Tak normalnie – jest słabo, czas na zmianę.

Po drugie – zacząć siebie obserwować pod kątem myśli, które włączają nam się w momentach osamotnienia. Co mi mówią? Jakim listem do mnie są? Co w nich jest prawdziwe, a co jest brednią i wynika z mojego niższego ostatnio poczucia wartości?

Po trzecie – zrobić listę swoich relacji ostatnich kilku lat. Które z nich Cię prawdziwie karmią? Kogo Ci brakuje? Może trzeba pewne znajomości odkopać, a może nawiązać nowe? Co możesz zrobić i co możesz zrobić już? Czego się przy tym boisz?

Po czwarte – poszukać wsparcia i porady. Porozmawiaj z kimś życzliwym i dyskretnym, zwierz się i skonfrontuj swoje przemyślenia, odczucia i obawy. Przemyśl i podejmij kroki – małe, ale do przodu… Jeśli masz możliwość rozpoczęcia pracy nad uporządkowaniem relacji z jedzeniem z dobrym coachem zdrowia czy diet coachem – spotkaj się i zacznij działać! A jeśli nie masz takiej możliwości – szukaj pomocy w Internecie, obserwuj siebie uważnie i powoli, lecz konsekwentnie, zmieniaj towarzyszy samotności – z E. Wedel czy Dr Oetker na realnych, może z mniej znanymi nazwiskami lecz bardziej zdrową empatią, z ciała i krwi. Oni prawdziwie pocieszą, prawdziwie wesprą, prawdziwie będą. Z nimi ugotuj coś dobrego i zjedzcie to razem! Wspólne jedzenie i pocieszenie – TAK, natomiast objadanie się z fałszywym pseudokompanem – NIE!

O samotności i jej zajadaniu mówiłam w audycji „Cztery Pory Roku” Polskiego Radia:

http://www.polskieradio.pl/7/163/Artykul/1708660,Cztery-Pory-Roku-27122016-cz-1-0906

Chętnie Cię poprowadzę drogą zmiany od jedzenia z frustracji do odżywiania dla wolności i radości! Jako coach zdrowia rodziny oraz coach zdrowia w biznesie, jako mentor żywieniowy i trener rozwoju osobistego – chętnie będę Ci towarzyszyć!

Napisz do mnie: marta@KorzenieSkrzydla.pl

Zadzwoń do mnie: +48 609 89 87 74

Testosteron czyni silnych mężczyzn słabszymi? – o odporności naszych płci dygresji parę.

Spotkania w ramach programu „Fajka pokoju”, których gospodynią jest pani Jolanta Fajkowska (Polsat News 2), niezmiennie mnie inspirują do uzupełniania wiedzy o człowieku. Nawet gdy zabieram głos na temat zdrowia fizycznego czy psychicznego, chłonę pozostałe tematy jak prawdziwą „pożywkę” i zaproszenie do myślenia.

Poniżej link do materiału z 7 stycznia, w którym komentowałam wielość i jakość różnej maści teorii i eksperymentów psychologicznych, w które często wierzymy, co nie zawsze nam służy. Bo obok teorii i badań przydatnych i chwalebnych dla psychologii (jak test Marshmallow, czyli tzw. test cukierkowy o zdolności do odraczania gratyfikacji jako warunkującej sukces i satysfakcję w różnych obszarach naszego życia – polecam!) są takie, których psychologia jako dziedzina mająca służyć dobru i rozwojowi człowieka, po prostu się wstydzi (eksperymenty choć medialne nie zostały z sukcesem powtórzone, twórcy przyznali się do „nonszalancji” w wyciąganiu wniosków czy wręcz do oszustw). Tak jest w każdej dziedzinie, nie ma co piętnować psychologii – różne „nowatorskie” leki są po cichu lub po głośnemu wycofywane z aptek, inteligentne pasty do zębów niszczące szkliwo znikają z drogerii, a marketingowe filmy-wydmuszki schodzą milcząco z ekranów. Takie życieJ

Natomiast tematem, który mnie natchnął przy okazji ostatniej „Fajki pokoju” była informacja, że mężczyźni żyją krócej niż kobiety – i to tylko w Polsce średnio aż o 8 lat. No Boże Ty mój – pomyślałam – nie dość, że społecznie i kulturowo mają przekichane, bo ciąży na nich rola społecznych żywicieli, wojowników i chłopaków co nie płaczą, nie dość, że w ostatnich latach my, kobiety dajemy im popalić erą „nowego matriarchatu”, to jeszcze umierają wcześniej? Więc pod wrażeniem dużym poczytałam, porozmawiałam z mądrymi lekarzami i wyszło mi, że krótsze statystycznie życie mężczyzny (w społeczeństwie wysoko rozwiniętym, zawęźmy) spowodowane jest męskim hormonem płciowym, czyli testosteronem. Czyli ten sam testosteron, który czyni mężczyzn predysponowanymi do siły, walki i przewagi fizycznej, jednocześnie jest odpowiedzialny za znaczną słabość męskiej odporności.

A zatem:

  1. Testosteron osłabia męski układ odpornościowy. I my kobiety powinnyśmy się wstydzić gdy kpimy z naszych przeziębionych panów, narzekających na swój stan jakby to była operacja na otwartym sercu. Mężczyźni naprawdę gorzej znoszą nawet drobne choroby, silniej odczuwają podwyższoną temperaturę ciała czy sezonowe infekcje. Także poziom testosteronu sprawia, że mężczyźni są mniej odporni na infekcje, a skuteczność szczepionek przeciw odrze czy WZW jest u nich słabsza niż u kobiet.
  2. Kobiecy estrogen po pierwsze zabezpiecza nas przed chorobami serca – statystycznie kobiety rzadziej doznają zawałów i udarów, przynajmniej do czasu menopauzy. Z utratą estrogenu, statystyki się wyrównują. Poziom estrogenu zdecydowanie wzmacnia układ odpornościowy kobiet, byle przeziębienia nas nie rozkłada. Lecz z kolei silniejszy dzięki estrogenowi układ odpornościowy kobiety jest bardziej podatny na choroby autoimmunologiczne – to kobiety znacznie częściej zapadają na Hashimoto.

Tak podsumowując: dbajmy o siebie. Kobiety o siebie, a mężczyźni o siebie. Ceńmy siebie nawzajem i nie osłabiajmy siebie zbędną (!) rywalizacją i pokazami w stylu „kto skacze wyżej” tak w domu, jak i w pracy. Bo silny mężczyzna – to silna rodzina i silny gatunek ludzki. Obiecuję poszukać, czy estrogen nie predysponuje nas kobiet bardziej do mądrości i łagodności w relacjach z testosteronowymi mężczyznami J

Obejrzyjcie, zapraszam i polecam:

http://www.ipla.tv/Fajka-pokoju-7-01-2017/vod-7382310